Strona główna
Autor
Pola Kukurydzy

Powstanie strony 18.09.2011r.

 


Kanary - Koszmary

 

 

Gran Canaria. Kiedy człowiek usłyszy te dwa słowa, to pierwsze skojarzenia, które przychodzą do głowy, zawierają w sobie słowa „raj”, „piękno”, „wypoczynek”, „relaks”, „oaza” i całe mnóstwo innych, równie wzniosłych wyrażeń.

Kiedy ja pomyślę o Gran Canarii i o spędzonym tam feralnym tygodniu mojego życia, to na myśl nasuwają się nieco inne pojęcia. „Brzydota”, „wyzysk”, „duchota”, „pył i kurz”, „fałsz” i kilka temu podobnych, których wypisanie zajęłoby mi cały oddzielny artykuł.

Zanim jednak przejdę do wyżywania się na Kanarach, pozwolę sobie sprostować jedną rzecz. Chciałabym uspokoić wszystkich zagorzałych wielbicieli tych wysp, których – jak wiem – jest całe grono, i przyznać im rację: Kanary zaiste są super. Są super, kiedy leci się tam z wykupioną już wycieczką i tysiącem (albo dwoma!) euro, którymi można szastać na prawo i lewo podczas tygodniowego pobytu na Gran Canarii, Fuertaventurze czy Lazarote. Są super, kiedy człowieka stać na wypożyczenie auta i zwiedzanie wyspy wzdłuż i wszerz. Są super, kiedy się mieszka w klimatyzowanym hoteliku z basenem, a do plaży ma się zaledwie dwa kroki. Są super, kiedy lubi się takie rzeczy jak dyskoteki, bary, drogie restauracje, nurkowanie, wycieczki łodzią wokół wyspy i opalanie się nago na plaży. Są super, kiedy grasz w ich grę – Ty jesteś po to, żeby wydawać, kupować i nabywać; one są po to, żeby wyciągnąć od Ciebie jak najwięcej siana. Płać, pluskaj się w basenie, nie anaziluj, nie dostrzegaj łysych kloców, aka brązowawych, nieprzyjemnych dla oka skał, od których nie można uciec (w końcu cały archipelag Kanarów to wyspy wulkaniczne), nie zauważaj gruzu, walących się wszędzie kabli i braku zieleni. Patrz na hotele; setki, tysiące jednakowych hoteli. Jednakowo ogromnych i jednakowo odpychających. Patrz na skromniutką zieleń wokół centrum handlowego – fakt, że sztucznie zasadzoną, ale na to najlepiej przymknij oko, Szanowny Turysto... Palmy też są sztuczne. W Puerto Rico nawet plaża jest sztuczna.

I ja chciałam się nabrać na tą obłudę Kanarów, licząc, że to pomoże mi przetrwać ten iście diabelski tydzień mojego pobytu. Zapewne odniosłabym sukces, gdybym wykupiła sobie all inclusive, a tak, niestety, nie było. Poleciałam tam na dziko. Ale tak na dziko na dziko. Z namiotem pod pachą. Z nadzieją, że zwiedzę sobie wyspę na stopa. Kto chce, niech się przeżegna. Bo Gran Canaria to nie wyspa dla włóczykijów, o nie! Stopa nie złapiesz, bo praktycznie jedyna droga na wyspie to autostrada! A na autostradzie, jak wiadomo, stopa łapać niet. Pozostaje autobus, który jest bezczelnie drogi – za najmniejszy dystans, od wioski do wioski, płaci się ponad eurasa. Żeby przejechać z północy na południe trzeba się liczyć z kosztem w wysokości około 8 euro. Gran Canaria to prawdziwy koszmar autostopowicza.

Tak samo, jeśli chodzi o rozbicie namiotu. Wyspa jest tak wysuszona, że znalezienie odpowiedniego skrawka ziemi na rozstawienie przenośnego domostwa graniczy niemal z cudem! I tak, na przykład, będąc w Las Palmas, nieciekawej stolicy Gran Canarii, rozbiliśmy się na placyku przed budynkiem rządowym w samym centrum miasta. Mieliśmy szczęście – akurat miały miejsce jakieś manifesty i protesty, i poletko (sztucznie zasadzonej) trawy zmieniło się w tymczasowy kamping. Podeszliśmy, zapytałam mym łamanym hiszpańskim czy można się wbić na Jana, dostałam zezwolenie i tak spędziliśmy dwa dni na tym wielce specyficznym obozowisku. Pewnie zostalibyśmy jeszcze jeden, gdyby nie to, że policji znudziło się użeranie z obozowiczami i zrobili nam niespodziewaną pobudkę o 3 nocy, grzecznie prosząc, byśmy wynieśli się do wszystkich diabłów. Posłuchaliśmy. Szkoda trochę, ale akcja była ciekawa. Pełno policjantów i wozów wokół placyku. Takich rzeczy nie ogląda się na codzień...

Innym razem, na południu, spaliśmy na plaży, na której spać nie powinniśmy byli, ale postanowiliśmy zaryzykować... Udało się. Tym razem nikt nas nie zgarnął. Próbowalismy szukać kempingów, fakt, ale nie było to proste zadanie. Wpierw usiłowalismy znaleźć jeden w Las Palmas.

- Oj, kemping, kemping... – mruczał pod nosem stróż ze stacji autobusowej. – Ale jaki? Taki na przyczepy kempingowe?

- No, nie... Taki na namiot.

Facet zmieszał się doszczętnie. Zaczął chodzić po sprzątaczkach i wypytywać. Ogólna konsternacja. W końcu wyszło, że jest gdzieś tam jakiś kemping na południu wyspy i że najlepiej spytać kierowcę autobusu, gdzie dokładnie jest takowy. Kierowca zdębiał, jak go zagadałam. Dopiero jakaś usłużna kobieta poradziła nam zajechać na pole biwakowe Guantanamo, które okazało się być... zamknięte.

Namiotowcy chyba nie są zbyt znaną rasą na Kanarach...

Najlepsze miejsce na biwak, i chyba ogólnie jedyne miejsce, które miło wspominam z tej mojej wyprawy, to Guayadeque – śliczna wioseczka wśród gór, w środkowej części kraju, której mieszkańcy dosłownie żyją w jaskiniach. Tak, tak, zamieszkują groty wyżłobione we wnętrzach ogromnych gór. Coś niesamowitego. Choćby dla tego miejsca warto było przecierpieć wszystkie inne niewygody. My, czyli ja i mój partner – Jaś Wędrowniczek, i nasz namiot zostaliśmy tam przyjęci z otwartymi ramionami. Pozwolono nam zająć miejsce przy źródełku, z którego cała wioska czerpała czystą, przepyszną wodę pitną. Spędziliśmy tam trzy noce, gdyż Jasiek musiał wyleczyć udar słoneczny, którego nabawił się od tego niesamowitego gorąca. Wierzcie mi na słowo – takiego upału, jaki tam panował, nie da się opisać. A nie jestem laikiem w tym temacie – spędziłam lato w RPA, na greckiej wyspie Korfu, no i w Maroko, więc nie obce mi wysokie temperatury. Ale tego, co się działo na Gran Canarii, nawet ja nie byłam w stanie strawić... Jedyne, co można było robić, to albo siedzieć w cieniu, albo w wodzie. Wędrówki z 15-kilowym plecakiem, do tej pory tak przeze mnie lubiane, stały się najgorszą mordęgą.

Budżet też miałam ograniczony, więc odpadały takie frykasy jak puby i restauracje. Miało być tanio i treściwie – czyli stołowanie się w „zakresie prywatnym”. Innymi słowy – supermarkety. I tu kolejna porażka, bo te były droższe niż we Francji! Szczególnie w tych typowo turystycznych miejscowościach, jak Puerto Rico czy Playa del Ingles, bo wiadomo, że tamtejszym wycieczkowiczom nie przeszkadza, że za chlebek czy serek zapłacą 50 centów więcej. Nam jednak, długodystansowym autostopowiczom (w sumie w drodze byliśmy półtora miesiąca) robiło to różnicę. O kranach z wodą pitną, tak popularnych we Francji czy w Hiszpanii, można było zapomnieć. Albo płacisz 2 euro w supermarkecie, albo zdychasz z pragnienia. Jasiek napełniał więc nasze baniaki z fontanny, znajdującej się na samym środku ronda. Cóż, przynajmniej jest co wspominać...

Małych, ukrytych plaż było multum, ale ilość kamieni, pyłu i syfu była tak wielka, że odbierała jakąkolwiek chęć do leniwego nicnierobienia. Więcej było wkurwów na umorusany plecak, brudny namiot i zakurzone ciuchy, niż jakiejkolwiek radości z plaży. W dodatku wszędzie pełno golasów. Zaciszne plażyczki to raj dla naturystów, więc trzeba się liczyć z nieustannym widokiem obwisłych piersi i chętnie eksponowanych „klejnotów rodzinnych”. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, ale czasami po prostu... cóż... fajnie by było poleżeć na plaży i tego nie widzieć.

Podsumowanie: jeśli lubisz piekielny upał, barwne życie nocne, sporty wodne, wylegiwanie się nago na plaży, hotele i szastanie pieniędzmi, to Kanary na pewno są strzałem w dziesiątkę. Jeśli jednak podróżujesz stopem, śpisz w namiocie i gotujesz posiłki na butli turystycznej, to radziłabym Ci wybrać się w nieco inne miejsce...









 



 

Tekst źródłowy znajduje się na stronie

stat4u