|
Gran Canaria. Kiedy
człowiek usłyszy te dwa słowa, to pierwsze skojarzenia, które
przychodzą do głowy, zawierają w sobie słowa „raj”, „piękno”,
„wypoczynek”, „relaks”, „oaza” i całe mnóstwo innych, równie wzniosłych
wyrażeń.
Kiedy ja pomyślę o Gran Canarii i o spędzonym tam feralnym tygodniu
mojego życia, to na myśl nasuwają się nieco inne pojęcia. „Brzydota”,
„wyzysk”, „duchota”, „pył i kurz”, „fałsz” i kilka temu podobnych,
których wypisanie zajęłoby mi cały oddzielny artykuł.
Zanim jednak przejdę do wyżywania się na Kanarach, pozwolę sobie
sprostować jedną rzecz. Chciałabym uspokoić wszystkich zagorzałych
wielbicieli tych wysp, których – jak wiem – jest całe grono, i przyznać
im rację: Kanary zaiste są super. Są super, kiedy leci się tam z
wykupioną już wycieczką i tysiącem (albo dwoma!) euro, którymi można
szastać na prawo i lewo podczas tygodniowego pobytu na Gran Canarii,
Fuertaventurze czy Lazarote. Są super, kiedy człowieka stać na
wypożyczenie auta i zwiedzanie wyspy wzdłuż i wszerz. Są super, kiedy
się mieszka w klimatyzowanym hoteliku z basenem, a do plaży ma się
zaledwie dwa kroki. Są super, kiedy lubi się takie rzeczy jak
dyskoteki, bary, drogie restauracje, nurkowanie, wycieczki łodzią wokół
wyspy i opalanie się nago na plaży. Są super, kiedy grasz w ich grę –
Ty jesteś po to, żeby wydawać, kupować i nabywać; one są po to, żeby
wyciągnąć od Ciebie jak najwięcej siana. Płać, pluskaj się w basenie,
nie anaziluj, nie dostrzegaj łysych kloców, aka brązowawych, nieprzyjemnych dla
oka skał, od których nie można uciec (w końcu cały archipelag Kanarów
to wyspy wulkaniczne), nie zauważaj gruzu, walących się wszędzie kabli
i braku zieleni. Patrz na hotele; setki, tysiące jednakowych hoteli.
Jednakowo ogromnych i jednakowo odpychających. Patrz na skromniutką
zieleń wokół centrum handlowego – fakt, że sztucznie zasadzoną, ale na
to najlepiej przymknij oko, Szanowny Turysto... Palmy też są sztuczne.
W Puerto Rico nawet plaża jest sztuczna.
I ja chciałam się nabrać na tą obłudę Kanarów, licząc, że to pomoże mi
przetrwać ten iście diabelski tydzień mojego pobytu. Zapewne
odniosłabym sukces, gdybym wykupiła sobie all inclusive, a tak,
niestety, nie było. Poleciałam tam na
dziko. Ale tak na dziko na
dziko. Z namiotem pod pachą. Z nadzieją, że zwiedzę sobie wyspę
na stopa. Kto chce, niech się przeżegna. Bo Gran Canaria to nie wyspa
dla włóczykijów, o nie! Stopa nie złapiesz, bo praktycznie jedyna droga
na wyspie to autostrada! A na autostradzie, jak wiadomo, stopa łapać niet. Pozostaje autobus, który
jest bezczelnie drogi – za najmniejszy dystans, od wioski do wioski,
płaci się ponad eurasa. Żeby przejechać z północy na południe trzeba
się liczyć z kosztem w wysokości około 8 euro. Gran Canaria to
prawdziwy koszmar autostopowicza.
Tak samo, jeśli chodzi o rozbicie namiotu. Wyspa jest tak wysuszona, że
znalezienie odpowiedniego skrawka ziemi na rozstawienie przenośnego
domostwa graniczy niemal z cudem! I tak, na przykład, będąc w Las
Palmas, nieciekawej stolicy Gran Canarii, rozbiliśmy się na placyku
przed budynkiem rządowym w samym centrum miasta. Mieliśmy szczęście –
akurat miały miejsce jakieś manifesty i protesty, i poletko (sztucznie
zasadzonej) trawy zmieniło się w tymczasowy kamping. Podeszliśmy,
zapytałam mym łamanym hiszpańskim czy można się wbić na Jana, dostałam
zezwolenie i tak spędziliśmy dwa dni na tym wielce specyficznym
obozowisku. Pewnie zostalibyśmy jeszcze jeden, gdyby nie to, że policji
znudziło się użeranie z obozowiczami i zrobili nam niespodziewaną
pobudkę o 3 nocy, grzecznie prosząc, byśmy wynieśli się do wszystkich
diabłów. Posłuchaliśmy. Szkoda trochę, ale akcja była ciekawa. Pełno
policjantów i wozów wokół placyku. Takich rzeczy nie ogląda się na
codzień...
Innym razem, na południu, spaliśmy na plaży, na której spać nie
powinniśmy byli, ale postanowiliśmy zaryzykować... Udało się. Tym razem
nikt nas nie zgarnął. Próbowalismy szukać kempingów, fakt, ale nie było
to proste zadanie. Wpierw usiłowalismy znaleźć jeden w Las Palmas.
- Oj, kemping, kemping... – mruczał pod nosem stróż ze stacji
autobusowej. – Ale jaki? Taki na przyczepy kempingowe?
- No, nie... Taki na namiot.
Facet zmieszał się doszczętnie. Zaczął chodzić po sprzątaczkach i
wypytywać. Ogólna konsternacja. W końcu wyszło, że jest gdzieś tam
jakiś kemping na południu wyspy i że najlepiej spytać kierowcę
autobusu, gdzie dokładnie jest takowy. Kierowca zdębiał, jak go
zagadałam. Dopiero jakaś usłużna kobieta poradziła nam zajechać na pole
biwakowe Guantanamo, które okazało się być... zamknięte.
Namiotowcy chyba nie są zbyt znaną rasą na Kanarach...
Najlepsze miejsce na biwak, i chyba ogólnie jedyne miejsce, które miło
wspominam z tej mojej wyprawy, to Guayadeque – śliczna wioseczka wśród
gór, w środkowej części kraju, której mieszkańcy dosłownie żyją w
jaskiniach. Tak, tak, zamieszkują groty wyżłobione we wnętrzach
ogromnych gór. Coś niesamowitego. Choćby dla tego miejsca warto było
przecierpieć wszystkie inne niewygody. My, czyli ja i mój partner – Jaś
Wędrowniczek, i nasz namiot zostaliśmy tam przyjęci z otwartymi
ramionami. Pozwolono nam zająć miejsce przy źródełku, z którego cała
wioska czerpała czystą, przepyszną wodę pitną. Spędziliśmy tam trzy
noce, gdyż Jasiek musiał wyleczyć udar słoneczny, którego nabawił się
od tego niesamowitego gorąca. Wierzcie mi na słowo – takiego upału,
jaki tam panował, nie da się opisać. A nie jestem laikiem w tym temacie
– spędziłam lato w RPA, na greckiej wyspie Korfu, no i w Maroko, więc
nie obce mi wysokie temperatury. Ale tego, co się działo na Gran
Canarii, nawet ja nie byłam w stanie strawić... Jedyne, co można było
robić, to albo siedzieć w cieniu, albo w wodzie. Wędrówki z 15-kilowym
plecakiem, do tej pory tak przeze mnie lubiane, stały się najgorszą
mordęgą.
Budżet też miałam ograniczony, więc odpadały takie frykasy jak puby i
restauracje. Miało być tanio i treściwie – czyli stołowanie się w
„zakresie prywatnym”. Innymi słowy – supermarkety. I tu kolejna
porażka, bo te były droższe niż we Francji! Szczególnie w tych typowo
turystycznych miejscowościach, jak Puerto Rico czy Playa del Ingles, bo
wiadomo, że tamtejszym wycieczkowiczom nie przeszkadza, że za chlebek
czy serek zapłacą 50 centów więcej. Nam jednak, długodystansowym
autostopowiczom (w sumie w drodze byliśmy półtora miesiąca) robiło to
różnicę. O kranach z wodą pitną, tak popularnych we Francji czy w
Hiszpanii, można było zapomnieć. Albo płacisz 2 euro w supermarkecie,
albo zdychasz z pragnienia. Jasiek napełniał więc nasze baniaki z
fontanny, znajdującej się na samym środku ronda. Cóż, przynajmniej jest
co wspominać...
Małych, ukrytych plaż było multum, ale ilość kamieni, pyłu i syfu była
tak wielka, że odbierała jakąkolwiek chęć do leniwego nicnierobienia.
Więcej było wkurwów na umorusany plecak, brudny namiot i zakurzone
ciuchy, niż jakiejkolwiek radości z plaży. W dodatku wszędzie pełno
golasów. Zaciszne plażyczki to raj dla naturystów, więc trzeba się
liczyć z nieustannym widokiem obwisłych piersi i chętnie eksponowanych
„klejnotów rodzinnych”. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, ale czasami po
prostu... cóż... fajnie by było poleżeć na plaży i tego nie widzieć.
Podsumowanie: jeśli lubisz piekielny upał, barwne życie nocne, sporty
wodne, wylegiwanie się nago na plaży, hotele i szastanie pieniędzmi, to
Kanary na pewno są strzałem w dziesiątkę. Jeśli jednak podróżujesz
stopem, śpisz w namiocie i gotujesz posiłki na butli turystycznej, to
radziłabym Ci wybrać się w nieco inne miejsce...



|
|